środa, 7 maja 2014

Dzień dobry i do zobaczenia!

Osobom, które tu zaglądają, chciałam dać znać, że żyję, mam się dobrze, ale na razie nic się tu pojawiać nie będzie. Być może The Nightswimming już nie odżyje, może kiedyś jeszcze tak. Może założę za jakiś czas nowego, innego bloga, może prywatnego, a może dam sobie spokój, bo z regularnością u mnie słabo i szczerze mówiąc nie  wiem, czy mam coś wyjątkowego do przekazania światu. Myślę o dość osobistym blogu-pamiętniku, ale wtedy musiałabym się postarać o większą dozę anonimowości :-).
Blogi piszę od jakiś siedmiu lat. Dzięki pierwszemu poznałam, później również osobiście, wiele wspaniałych dziewczyn, z którymi mam kontakt do dziś. Kilka z nich nazywam swoimi przyjaciółkami. Później od 2009 roku Ładnie na blogspocie poświęcone w całości szeroko pojętemu designowi - mnóstwo radości z pisania o tym co lubię i co mnie pasjonuje, owoc czasów entuzjazmu i wiary, że wszystko jest możliwe. I na koniec The Nightswimming. Smutno mi rozstawać się z pisaniem, przyznam, że łza pociekła, ale nocne pływanie nie jest teraz dla mnie.

Dziękuję Wam za komentarze, Wasze wizyty, za to czego mnie nauczyliście i za wszystkie dobre rzeczy jakie mnie z Waszej strony spotkały Drodzy Czytelnicy. Do zobaczenia gdzieś w odmętach sieci!


 


sobota, 15 lutego 2014

Ulubieńcy stycznia w połowie lutego

Bardzo lubię czytać takie posty, więc postanowiłam napisać o swoich ulubieńcach minionego miesiąca. Fakt, że trochę późno, ale lepiej późno niż... wiadomo.

 Życieratująca mobilna ładowarka - mam problem z baterią w telefonie. Pokazuje jeszcze 56% baterii i nagle skurczybyk się wyłącza lub zawiesza. We wszystkich sytuacjach kiedy nie mam możliwości podłączyć go do ładowarki, a wciąż go potrzebuję, czyli w autobusie, w pociągu, w trakcie zakupów, sytuacje ratuje to dziwne ustrojstwo. Nie waży zbyt wiele, więc nadaje się do torebki i jest proste w obsłudze jak instrukcja cepa. Do momentu kiedy nie dostanę nowej baterii, pozostaniemy nierozłączne.



Śniegowce - w tym roku nastąpił prawdziwy przełom. Ja, brzydząca się emu, uggsami i tego typu wynalazkami, kupiłam sobie solidne śniegowce. I kocham je. Polecam wszystkim. Jeśli temperatura spada poniżej -10 mam gdzieś moją stylówkę ;-).


Gimme Brow Benefit - czyli nie wiem jak wcześniej mogłam żyć bez makijażu brwi :-). Ten produkt sprawę bardzo uprościł. Mazanie się cieniami, utrwalanie woskiem... szkoda poranka. U mnie ten żel zagęszczający brwi w postaci małej szczoteczki sprawdza się idealnie.



Orzechy z M&S (owsianka z Golden Syrup też niczego sobie) - jestem wielką fanką działu spożywczego w Marks&Spencer. Szczególnie ciastek w mlecznej czekoladzie o smaku pomarańczowym. Ale w styczniu odkryłam w M&S najlepszą mieszankę orzechów. Bez rodzynek, składającą się z nerkowców, orzechów laskowych i orzechów pekan w idealnej proporcji. Bez zapełniania włoskimi, które lubię najmniej :-). W dodatku są podpiekane co wydobywa smak.

Zeszyt w kwiaty - uwielbiam artykuły papiernicze. Nie potrafię się rozstać z kalendarzami, notesami, choć w erze evernote'a, notatników w telefonie i rozmaitych aplikacji są już prawie zbędne. Bardzo ucieszyłam się z paczki, w której znalazłam to cudo kupione specjalnie dla mnie w Liberty :-).




Ale w lutym to dopiero będą ulubieńcy! Nie mogę się doczekać, żeby o nich napisać.







środa, 5 lutego 2014

Co najbardziej w życiu przeszkadza

Na mojej absolutnie subiektywnej liście życiowych kłód na miejscu pierwszym: brak pewności siebie, na drugim: co za niespodzianka - brak pewności siebie i  na trzecim, żeby dodać trochę urozmaicenia: brak pewności siebie.

Strasznie mnie denerwuje przede wszystkim to, że pozwalam sama sobie, rzadziej innym, wmówić sobie, że coś mi się nie udało, bo nie jestem dość dobra. Zawsze szukam winy w sobie. Choćby mądre, sprawiedliwe osoby wokół mnie (przynajmniej dwie to przeczytają: dziękuję, bez Was byłoby jeszcze gorzej :-)) powtarzały mi sto razy, że jest inaczej. To jest chyba najgorsza sprawa: autocenzura, nie wyrażanie swojego zdania, bo wydaje się głupie, nie sięganie po to na co ma się ochotę, bo przecież się na to nie zasługuję, zawsze szukanie winy w sobie, pozwalanie, by ktoś swoim głupim gadaniem nas dołował. Nie będę się już rozwodzić nad faktem, że takie podejście stanowczo zmniejsza nasze szanse na zawodowe fajerwerki, bo niestety przynajmniej w korpo, często decyduje nie skuteczność, a widoczność. No ale jak się nie widzi w sobie żadnych określonych talentów*, to co pozostaje? Tylko korpo ;-). Osobom bez wiary we własne siły ciężej też będzie prowadzić własny biznes. Chyba, że to właśnie pozwoli rozwinąć skrzydła, jak sądzicie?

Ktoś jeszcze ma taki problem, czy wszyscy oprócz mnie znają swoją wartość i nie dają sobie w kaszę dmuchać? Myślałam, że z tego się wyrasta, ale jak widać nie. Zajadanie czekoladą też nie pomaga - sprawdzone empirycznie. Czy znacie zatem jakieś skuteczne sposoby na walkę z tą przypadłością? Naprawdę afirmacja jakoś mi nie podchodzi. To jedna z tych rzeczy, których nie próbowałam, ale podziękuję. Coś jak płucka.  Ktoś z Was próbował (afirmacji, nie podrobów)? Czy da się przeprowadzić "projekt pewność siebie", tak jak ludzie prowadzą "projekt szczęście"?

*Pomarzę sobie jeszcze trochę, że kiedyś uda się zrobić światową karierę bazując na talencie do wyszukiwania ładnych obrazków w internecie ;-).

niedziela, 19 stycznia 2014

Wanna moja miłość, czyli marzenia ściętej głowy

Kto mnie dobrze zna, ten wie, że w łazience potrafię spędzić naprawdę długie chwile, a na mojej liście marzeń dość wysoko plasuje się posiadanie wanny. Od lat już nie mam swobodnego dostępu do tego przybytku rozkoszy, to znaczy od kiedy wyprowadziłam się z ostatniego studenckiego mieszkania. Moje ówczesne współlokatorki zapewne doskonale pamiętają, że nie należy przenigdy przepuszczać mnie w kolejce do łazienki przed udaniem się na spoczynek. Gdzieś w połowie moich studiów zdradziła mnie nawet rodzina: rodzice przy okazji remontu zamontowali prysznic, więc i tu na próżno szukać ratunku.
Pozostaje mi nadal kolekcjonować zdjęcia w folderze "łazienka", cieszyć się obrazkiem z wanną, który mój luby kupił mi we Florencji, a który kiedyś zawiśnie w moim salonie kąpielowym ;-) i projektować w myślach swoje przyszłe schronienie od całego zła tego świata. Bo dla mnie wanna jest jak salon Tifanny'ego dla Holly Golightly.
Mam kilka pomysłów co powinno się znaleźć w idealnej łazience, aby spełniła moje oczekiwania.
Zdecydowanie nie warto wykładać ścian od sufitu do podłogi kafelkami, szczególnie jeśli mowa o standardowych, średniej wielkości płytkach. Myślę, że około 3/4 wysokości to maksimum na jakie można sobie pozwolić, aby nasza oaza spokoju nie zaczęła niepokojąco przypominać sklepu mięsnego z dawnych lat lub łazienki w bloku z lat osiemdziesiątych. Są oczywiście od tej reguły wyjątki, jeden nawet na zdjęciu, ale to właśnie wyjątek.
Jeśli tylko przestrzeń nam na to pozwala, świetny efekt daje wstawienie jakiegoś nie do końca łazienkowego mebla: krzesła czy fotela. Może być zarówno w stylistyce retro jak i całkiem nowoczesny. Śmiało mogę sobie wyobrazić na przykład Louis Ghost Kartell w mojej łazience, jeśli już ktoś siłą wyperswadowałby mi styl jak na poniższych zdjęciach. Taki mebel zamienia łazienkę w pokój kąpielowy o jakim wiele kobiet marzy. Jeśli jednak metraż nie pozwala na wstawienie do łazienki dodatkowego mebla, spróbujmy wkomponować tam obraz lub chociaż rośliny doniczkowe. Wszelkie obrazki powinny być szczelnie i starannie oprawione w ramkę z szybką. Inaczej nawilgną i zniszczą się.
Bardzo istotna jest też kwestia przechowywania i warto ją dobrze przemyśleć w momencie wybierania wyposażenia łazienki. Osobiście nie lubię kiedy zbyt dużo kosmetyków jest wystawionych na widoku. No chyba, że ktoś jest wyznawcą marki Aesop, która ma genialnie zaprojektowane, proste opakowania. Strategie są różne: jedni przelewają standardowe kosmetyki do specjalnych pojemników, inni trzymają w koszyczkach, jeszcze inni zamykają w szafkach pozostawiając na wierzchu tylko to co niezbędne. Moja aktualna łazienka jest tak wstrząsająco "piękna", że nie wysilam się aż tak bardzo, bo niewiele może jej już pomóc lub zaszkodzić. Staram się mieć na wierzchu to co najpotrzebniejsze typu szampon, odżywka, pasta, szczoteczki, żel do twarzy itd w jednym egzemplarzu, a nie w pięciu do wyboru (przyznam, że produkty do włosów są moją słabością), a drobniejsze kosmetyki do codziennej pielęgnacji twarzy trzymam na szafce ułożone na ozdobnej tacce.
Ideałem jest oczywiście łazienka z oknem, tak aby można było latem je otworzyć  i poczuć na twarzy powiew z ogrodu podczas kąpieli, ale umówmy się... pomarzyć można, a rzadko mamy na to wpływ czy w mieszkaniu jest okno w łazience, na jakiej wysokości, z jakim widokiem itd. Jeśli jednak budujecie dom, przemyślcie sprawę (zdjęcie przedostatnie)...
Dwa słowa o prysznicu. W przypadku bardziej nowoczesnych łazienek bardzo podobają mi się rozwiązania, gdzie nie ma klasycznej kabiny prysznicowej (nienawidzę jej myć), a po prostu wydzielone ścianką miejsce z odpowiednim spadem w podłodze. To naprawdę niesamowita wygoda. Dla zobrazowania przykład tu.
Pewnie niezbyt odkrywcze te moje rady, ale to po prostu kilka rzeczy, o których sama chce pamiętać, kiedy przyjdzie nareszcie ten wytęskniony moment, że jak Charlize Theron położę się we własnej wannie, koniecznie w kapeluszu.
A jakie są Wasze rady? Wolicie wannę czy prysznic?






 






I na koniec coś z zupełnie fantastycznego:



wtorek, 7 stycznia 2014

Polecam

Podsumowań minionego roku nie będzie, postanowień noworocznych chyba na razie też nie, bo mam wrażenie, że są takie jak u wszystkich :-). Zamiast  tego polecam Wam:

    Wystawę w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie Malarze Ilustracji. Wystawa jest niewielka, ale temat ciekawy, a wybór prac bardzo przyjemny w odbiorze. Po raz kolejny pożałowałam, że nie mam artystycznych zdolności.

Lis, Magdalena Łapińska

   Film nie całkiem nowy, ale dzięki całonocnym maratonom telewizyjnym podczas pobytów u rodziców (nadrabiam wtedy z nawiązką fakt, że w naszym mieszkaniu telewizora mieć nie chcemy) miałam go okazję obejrzeć niedawno i gorąco polecam. Sporo czasu minęło od kiedy tak się wzruszyłam na filmie. Nawet wychwalany Take This Waltz mnie tak nie wziął jak właśnie Kochanek Królowej. Jest wrażliwa i inteligentna dziewczyna w okowach konwenansu, a dokładniej obowiązku i okoliczności społeczno-historycznych, jest mężczyzna z osobowością, że ho! (Mads Mikkelsen ma moc...) i mamy gotowy niebezpieczny, namiętny związek, którego rozkwitanie obserwuje się z zapartym tchem. Jeśli lubicie filmy kostiumowe, czy dobry dramat to jest to pozycja obowiązkowa.
  Stronę internetową filmon.com, gdzie obejrzeć można na żywo program wielu brytyjskich kanałów telewizyjnych, a na nich chociażby trzecią serię przygód Sherlocka, lub (old-schoolowo-nałogowo) Herculesa Poirot.
   Bar Pies Czy Suka na Szpitalnej w Warszawie. Doskonałe autorskie koktajle alkoholowe i na życzenie również bezalkoholowe. Oprócz tego co w karcie, barmani tworzą tajemnicze mikstury zgodne z upodobaniami klienta: na słodko, na kwaśno, na pikantnie, dla fanów konfitur i miłośniczek Earl Grey'a... Ich wyobraźnia nie ma granic.
  
No i na razie tyle. Rozleniwiłam się (nie tylko) blogowo i muszę się troszkę rozkręcić, a czuję, że czas już na jakiś post wnętrzarski.
Na marginesie: czy też macie wrażenie, że w Waszych kołdrach są ukryte wielkie magnesy, które nie pozwalają Wam rano wstać z łóżka?

   

   
   



wtorek, 17 grudnia 2013

Marzenia o DIY

Chciałabym być mistrzem projektów DIY jak koleżanki blogerki, ale jakoś kurcze nie wychodzi. 
 Spójrzmy na te wszystkie rzeczy, które jak sugerują opisy, każdy na pewno ma w domu - u mnie okazują się być kompletną egzotyką. Ja nie mam w domu sznurka. Serio. Wy macie? Pistolet do klejenia na gorąco, taaa. Prędzej bym znalazła szablę z pierwszej wojny. Namiętnie kolekcjonuję tylko korki po winie, aby kiedyś zrobić z nich ścienną instalację. Zajrzałam w niedzielę do puszki, do której je zazwyczaj wrzucam. Doszłam do wniosku, że mam problem z piciem i może czas przystopować. Moje potencjalne DIY skłania przynajmniej do refleksji nad życiem ;-).
Jednak prawie co roku udaje mi się wyciągnąć z głębin komody szarą papierową torbę z ozdobnym papierem, bristolem, kokardkami oraz innymi kolorowymi popierdółkami i stworzyć DIY na miarę moich możliwości. Kartki świąteczne. Znajomi już zaakceptowali moje dziwactwo i nie komentują, że dostali jakieś podejrzanie krzywe kartki, które chwieją się zamiast stać w dumnym rządku na kominku, ani nie dziwią się, że renifery mają tylko po 2 nogi, lub jakiś element odpadł i pozostał w kopercie. Są wyrozumiali, chwytają za klej i doklejają co odpadło.  Cenię ich za to.  



A dla osób, które chcą się zmierzyć z wyzwaniem polecam instruktaż jak zrobić subtelną złotą girlandę w nowoczesnym prostym stylu. Nawet ja bym dała radę. Chyba. Tylko sznurka nie mam...

http://www.almostmakesperfect.com/2013/12/09/diy-gold-triangle-garland/

niedziela, 8 grudnia 2013

Za mało to też niedobrze

W ramach zeszłotygodniowej promocji kupiłam sobie między innymi książkę Projekt szczęście Gretchen Rubin. Poleciła mi ją bardzo mądra kobieta i rzeczywiście warto przeczytać. To zupełnie inny klimat niż autorytarna Dominique Loreau namawiająca do zakupu torebki Hermes, jeśli dobrze pamiętam, w ramach upraszczania swojego życia :-).
Na razie trawię Projekt szczęście dla siebie, ale już znalazłam kilka ciekawych obserwacji i podobieństw z autorką książki. Na przykład tak samo jak Gretchen jestem uzależniona od uznania. Mogę wykonać najgorszą robotę, o ile zostanę za to zagłaskana na śmierć słowami podziwu i uznania dla moich zdolności w dziedzinie, na przykład, ścierania kurzu :-). Straszne, wiem.
Podobnie jak Gretchen mam też tendencję do kupowania zbyt małej ilości rzeczy. Dziwne, ale prawdziwe. Chodzi przede wszystkim o rzeczy, które w domu szybko się zużywają: pasty do zębów, płyn do demakijażu, klasycznie: papier toaletowy i chusteczki higieniczne. Staram się to zmieniać pod wpływem mojego życiowego partnera, bo wcześniej sobie tego nie uświadamiałam i wydawało mi się, że "wszyscy tak mają". Od niedawna zazwyczaj mam zapas powyższych, ale wcześniej bywało różnie i nader często zdarzało się przeszukiwanie wszystkich kieszeni w poszukiwaniu choć skrawka chusteczki. Ale mam też tendencję do kupowania zbyt małej ilości ubrań. Donaszam t-shirty jako górę od piżamy zimową porą. Nigdy mi się nie chce kupić nowej pary rajstop. Jakoś mi nie po drodze. Panie w Calzedoni, które usiłują zwiększyć swój koszyk ilościowy, proponując przy zakupie miliona par rajstop jedną gratis, nie mają ze mną lekko. Kupienie od razu więcej niż jednej pary wydawałoby mi się zbędną ekstrawagancją. Zakup zimowych butów to horror. Ponieważ kupuję wyłącznie skórzane wysokie buty typu oficerki, wiąże się to dość dużym wydatkiem. Nie mam tendencji do trwonienia pieniędzy na ubrania, więc muszę być w stu procentach przekonana do czegoś, na co mam wydać większą sumę. Nałażę się po sklepach, namierzę, naoglądam ścigając niedościgniony wciąż ideał, który powstał w mojej głowie. Tu pojawia się kolejny czynnik: nienawidzę łażenia po centrach handlowych. Mam swoją czarną listę, na której pierwsze miejsce zajmują Złote Tarasy, oczywiście ze względu na tłumy => bałagan na wieszakach + kolejki do przymierzalni. Po dwudziestu minutach poszukiwań we wrogim otoczeniu jestem już tak zmęczona, że dochodzę do wniosku, że w sumie jeszcze nie am śniegu, albo że dokupię sobie zimowe skarpety do kaloszy i jakoś to będzie. Ale nie będzie, bo chodzenie w kaloszach w 20stopniowym mrozie jaki się przecież trafia w naszej szerokości geograficznej dość często, nie jest mądrym pomysłem. W końcu kupuję jakieś buty, czasem trafia się udany zakup, czasem kompromis. Chyba nigdy nie zdarzyło mi się mieć dwóch par zimowych butów, które mogłabym nosić zamiennie, dlatego szybko je niszczę i historia się powtarza.Zarówno jeśli chodzi o ubrania, buty jak i kosmetyki i środki czystości, to niby drobiazg, ale często wywołuje niepotrzebne stresy i finalnie częstsze niż to konieczne wizyty w tak nielubianych centrach handlowych.
W tym roku postanowiłam kupić dwie pary butów. Jedne śniegowce typu bean boots, które łatwo będzie czyścić, będą bardzo ciepłe i wygodne oraz klasyczne kozaki lub oficerki, które będą pasować do bardziej eleganckiego stroju. Męczyłam się bardzo i dziś w końcu się udało :-).
Co o tym sądzicie? Kupujecie za malo tak jak ja, w sam raz, a może jesteście typem, który ma zawsze w domu zapas szczoteczek do zębów i 3 zgrzewki papieru toaletowego?
W ramach organizowania się mam też postanowienie stworzenia sobie w pracy małego niezbędnika w szufladzie biurka: tabletki przeciwbólowe (kolejna rzecz, którą notorycznie muszę pożyczać), chusteczki, może rajstopy, paczka gumy do żucia. Jeszcze pomyślę co więcej powinno się tam znaleźć. W biurku trzymam już pastę, szczoteczkę do zębów, rolkę do ubrań, a pod biurkiem jedne baleriny i jedne szpilki do wyboru w zależności od potrzeb. Też macie takie niezbędniki w pracy? Co się na nie składa?

Ale się rozpisałam :-).

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Witaj grudniu!*

Gardło boli, ale na szczęście chyba od gadania, a nie od wirusów, bo dziś, po odrobinie stresu, udało mi się z całkiem niezłym efektem wystąpić publicznie, mimo, że nie jest to moja bajka. Poza tym miałam okazję przyjrzeć się z bliska prawdziwej żywej Francuzce  i przyznaję, że poradniki o dobrym stylu nie kłamią ;-). 
Z ciekawostek: polecam zajrzeć do CSW w Warszawie. Dobra wystawa komentatorki, choć szczerze mówiąc pierwsza sala nie zachęciła mnie specjalnie, ale im dalej w las, tym lepiej. Natomiast wystawa "Zapachy" w centrum nauki Kopernik, na którą byłam bardzo podekscytowana, raczej mnie zawiodła. Ciekawie było powąchać odtworzone zapachy pochodzące z różnych epok, ale nic więcej mnie nie urzekło. 
Za to tuż po opuszczeniu CN Kopernik rozpoczęłam sezon na gorącą czekoladę najlepiej jak tylko można, w Czułym Barbarzyńcy. Ich czekolada może nawet dorównuje tej w Bunkrze Sztuki w Krakowie... Macie jakieś swoje typy miejsc z gęstą prawdziwą gorącą czekoladą? 
W piątek pobiegłam do Empiku skorzystać z oferty Black Friday 3 za 2 i wyszłam z 5 książkami +jednym filmem. Skończyło się na tylu tylko dlatego, że na szczęście zabrakło mi rąk. Gwiazdka będzie w tym roku książkowa. Choć jeśli mam być tak zupeeełnie szczera, to przyznam, że 3 książki kupiłam w prezencie dla siebie.
No i do sedna: na Emilii Plater, w jakiejś jak sądzę pracowni wystroju wnętrz zobaczyłam po raz pierwszy w Polsce moje marzenie - szklaną gwiazdę morawską. Kiedyś jedną wypatrzyłam w przykurzonym antykwariacie w Edynburgu, ale primo antykwariat był zamknięty, a secundo do podręcznego raczej byśmy i tak jej nie spakowali. Chyba wrócę w tygodniu do tej pracowni i podpytam skąd i czy nie chcieliby jej sprzedać :-). A może nadal będę tylko marzyć?
Co u Was dobrego? Jakieś ciekawe filmy i wydarzenia? Czy widział ktoś już Historie rodzinne Sarah Polley?








* Tytuł mi wyszedł jak na gazetce ściennej w podstawówce: Witaj Zimo! Nie mam chyba talentu do pisania ;-)


czwartek, 21 listopada 2013

Wokół Amsterdamu

Kolejny już długi weekend mieliśmy okazję spędzić w Holandii, ten niewiele był chłodniejszy od majowego :-). Tym razem jednak skupiliśmy się na zwiedzaniu okolic, a nie samego Amsterdamu. Jeśli tylko macie taką możliwość gorąco polecam. Do dyspozycji jest dobra sieć komunikacji kolejowej dzięki, której można bardzo szybko i prosto dostać się w świat małych miasteczek jak z bajki.
Tym razem w planie wycieczki nie było dzielnicy czerwonych latarni (no dobra, przypadkiem odkryliśmy jeden domek z czerwoną latarnią tuż przy starym kościele w Haarlemie), unoszącego się wokół zapachu marihuany i pielgrzymki od jednego do drugiego multitap baru. Za to nacieszyliśmy się mieszczańskim porządkiem, klimatem dobrobytu, wiejską atmosferą i zapachem żółtego sera :-). Udało nam się zajrzeć do Haarlemu, Lejdy, Marken, Saanse Schans i Edam.
W Haarlemie mieliśmy szczęście być w sobotę, kiedy na rynku i jeszcze jednym pobliskim placyku odbywa się targ. Ślinka ciekła nam intensywnie: pieczywo, oczywiście sery, owoce morza, słodycze (stroopwafel, gofry belgijskie, naleśniki = ślinotok), kwiaty, egzotyczne owoce. Wszystko bardzo klimatyczne, ale autentyczne. Rzeczywiście widać, że mieszkańcy robią tam zakupy.
Jednak bardziej niż Haarlem urzekła na Lejda. Stare uniwersyteckie miasteczko, z kanałami i zaułkami.  Oddawałam się namiętnie obserwacji ludzi, wystaw sklepowych (sery!), dyskretnemu zaglądaniu do domów przez wielkie okna pozbawione firanek (wiem, że to nieładnie, ale nie mogę się powstrzymać. Kto chce, ten ma firanki ;)). Trzeba się po nim po prostu pokręcić, zjeść coś dobrego i cieszyć gwarną atmosferą średniowiecznego miasteczka.
W Saanse Schans spędziliśmy nieco więcej czasu. To skansen tuż pod Amsterdamem, w którym zobaczyć można wiatraki, tradycyjny sposób produkcji sera, sabotów itd. Nie wiem jak to działa, ale już na parkingu w powietrzu czuć było zapach kakao, więc nie mogło mi się tam nie podobać. Bardzo polecam wejście do wiatraka, do popularnego w Holandii sklepu typu supersam Albert Heijn, ale w wersji z przed 100 lat, spacer między domkami, które są zamieszkane. Ja nie oparłam się też pogłaskaniu kózek w zagrodzie, mając dobrą wymówkę w postaci małej towarzyszki. Że niby pokazuję dziecku wiejskie zwierzątka, ha ha, ewidentnie ja byłam ucieszona kozami najbardziej ze wszystkich ;-).
Marken jest bardzo ciekawym miejscem i dojazd do niego przez wioski tak maleńkie, że ciężko uwierzyć, że to nie dekoracja filmowa, również dostarcza niezapomnianych wrażeń. Do 1957 roku, kiedy to usypano tamę czy też groblę, Marken było położone na wyspie i przez to mocno odizolowane od reszty świata. Zachował się tam specyficzny dialekt języka holenderskiego oraz odrębna kultura. Jest tam niezwykle pięknie, choć niestety w listopadzie ciekawe podobno muzeum było już zamknięte i  miejscowość sprawiała wrażenie opustoszałej.
Najbardziej jednak urzekł mnie Edam, zbieżność nazw z serem nie jest przypadkowa. To ciche i malownicze miasteczko z krzywym rynkiem, maleńkimi zwodzonymi mostami, pięknymi domami i kościołami. Trudno mi powiedzieć czym właściwie mnie tak zachwyciło. Chyba największym nagromadzeniem tego, co tak bardzo w Holandii mi się spodobało. Bardzo dekoracyjnymi detalami architektonicznymi, zadbanymi roślinami w pięknych donicach przed drzwiami wejściowymi, niesamowitymi wnętrzami widocznymi przez okna, malowanymi szyldami... A wnętrza... Właściwie w każdym domostwie jest wielkie okno wychodzące na ulice. Czasami jest jakaś firanka lub pas mlecznego szkła, aby zapewnić sobie prywatność, ale wewnętrzny parapet jest w większości przypadków widoczny z ulicy. Służy on ekspozycji różnych kolekcji i elementów dekoracyjnych. Naprawdę robi to wrażenie: od roślin doniczkowych, przez artystyczne szkło, po antyki, rzeźby, saboty, kolekcje starych dzwonków i innych piękności. Pokój na parterze to standardowo salon, czasem połączony z kuchnią. Zajmuje właściwie większą część powierzchni domu i często ma po przeciwnej ścinie wyjście na taras czy ogródek. Sprawia to, że wnętrze jest bardzo jasne i jednocześnie przytulne.



 Lejda










 Saanse Schans




 Marken






 
Edam

czwartek, 14 listopada 2013

Co robię zamiast

W przygotowaniu tekst podróżniczy, a zamiast pisać siedzę i rozkminiam post Marii z Ubieraj się klasycznie o kolejnym kroku do zdefiniowania swojego stylu. Myślę o kilku słowach, które określają mój styl i jest ciężko. Może: ciasno w boczkach, szaro-buro i za krótko ;-)? Żartuję, choć naprawdę znalezienie krótkiej sukienki, która jednak nie będzie skandalizująca, gdy ma się więcej niż 175cm wzrostu nie jest takie proste.
Poza tym czuję zbliżającą się Gwiazdkę: nie, nie przez świąteczne reklamy i czekolady. Przez natężenie, żeby nie powiedzieć brzydko, masakry w pracy. Ale skłania mnie do również do nieco przyjemniejszych przemyśleń: jakie w tym roku sprawić prezenty. Uwielbiam je planować. Niestety często kupuję na ostatnią chwilę. W tym roku naprawdę zacznę wcześniej! Ktoś już kupił coś, czy raczej czekacie przynajmniej do grudnia?
 Tymczasem zamiast kupować mam dziś kolejny zryw minimalizowania dobytku. Często takie zrywy zdarzają mi się po powrocie z podróży. Jak już chyba kiedyś pisałam pobyt w innym kraju czy mieście prowokuje u mnie zazwyczaj podejmowanie postanowień związanych z nazwijmy to szumnie moim stylem życia.  Najmocniej zawsze działa Londyn, ale i tym razem jakieś złączki w głowie mi się poprzestawiały. Będzie o tym więcej. A czy Was obcowanie na przykład z niemieckim porządkiem lub włoskim dolce vita inspiruje do modyfikowania codziennych nawyków lub najbliższego otoczenia?

O tu ilustracja tego jak chciałabym wyglądać, czyli kocham burość:


A tu coś co chyba bardziej by pasowało do mojej fizjonomii:


Kto mnie widział niech się wypowie! Kto nie widział też może, a co tam ;-).






niedziela, 3 listopada 2013

Moda na trójkąty*

Chyba możemy mówić o poważnym trójkątowym trendzie :-). Tapeta i poduszka pochodzą z zachwycającego sklepu Ferm Living. Oni też mają niezłego bzika na punkcie trójkątów...





To tylko kilka przykładów z sieci, ale jest tego naprawdę mnóstwo. Mnie trójkąty urzekły dawno temu. Dla potwierdzenia kubek kupiony w 2009 roku w Brukseli, w firmowym sklepie Cafe Tasse (najlepsza belgijska czekolada w mojej skromnej opinii), ale poduszka to już nowy nabytek z Deco Boko, tajemnicza przesyłka wspomniana w jednym z wcześniejszych postów. Myślę, że całkiem nieźle komponuje się z ikeową na kanapie w tak zwanym pokoju gościnnym ;-) - kto u mnie był, ten zrozumie żart.



Widoczna na zdjęciu hoja dosłownie spadła nam z nieba (bez doniczki), więc przygarnęliśmy bidulę.

* Trochę się martwię, czy ten tytuł nie spowoduje napływu osób zainteresowanych nowymi doświadczeniami erotycznymi ;-). I tak statystyka blogera mówi mi, że odnośnik do mojego bloga jest na jakiejś stronie porno...