wtorek, 1 października 2013

Portrety przodków niekoniecznie własnych

Czy uważacie, że realistyczne portrety pasują tylko do salonu statecznych państwa, właścicieli gdańskiej szafy i samowara? Spójrzcie na to:


  

Ja jestem zakochana w takich wnętrzach. Eklektyczne, z meblami z różnych dziesięcioleci, z prawdziwym drewnem i kolorowymi elementami. 
Warto przyjrzeć się na ile różnych sposobów można wyeksponować obrazy. Pojedynczo, zgrupowanie lub oparte o ścianę na podłodze. To szczególnie dobre rozwiązanie dla osób, które wynajmują mieszkanie lub nie posiadają wiertarki :-). Na którymś z amerykańskich blogów o wnętrzach znalazłam też jedną bardzo prostą, ale chyba trafną radę: pojedynczy obraz zawsze należy zawiesić nad czymś: nad kanapą, stolikiem, krzesłem itd, nigdy nad niezagospodarowaną podłogą. Dodatkowo ta podstawa powinna być szersza niż obraz. Nie chodzi tu o feng shui, a wyłącznie o estetykę. U mnie intuicyjnie obrazy są zawieszone zgodnie z tą regułą i wydaje mi się, że bez mebla pod, nasze grafiki wyglądałyby jakoś przypadkowo.



I w kuchni:
I w łazience:


Co sądzicie? Portrety na tak, czy na nie?

sobota, 28 września 2013

Kongres

Nadal czekam na Wasze sugestie, co powinno się zmienić na blogu, ale tymczasem, zanim zniknie z kinowych repertuarów, chciałabym napisać o filmie, na który wybraliśmy się w tym tygodniu do Kinoteki.

To dość nietypowy film, na pewno nie można go nazwać blockbusterem, pewnie nie we wszystkich kinach się pojawi, ale są trzy główne czynniki, które sprawiły, że bardzo chcieliśmy go zobaczyć:

1) Kongres jest inspirowany opowiadaniem Stanisława Lema pt. Kongres Futurologiczny, a tak się składa, że mój towarzysz jest wielkim lemofilem, a nawet można powiedzieć lemologiem-amatorem ;-).
2) Reżyserem filmu jest Ari Folman, którego Walc z Baszirem kiedyś dosłownie rzucił nas na kolana.
3) W roli  Robin Wright, bardzo przekonująca Robin Wright, którą bardzo bardzo lubię.

Film jest utworem Lema silnie inspirowany i jeśli oczekujecie ekranizacji, będziecie mocno zdziwieni. Nie jest to bynajmniej wada, bo Kongres jest podobno utrzymany w duchu utworów pisarza, a w wywiadzie jakiego Polityce udzielił Folman przeczytałam, że rodzina Lema uznała film za bardzo dobry. Jeśli chodzi o moje odczucia, to pierwszym określeniem jakie przychodzi mi do głowy byłoby "wzruszający". Robin Wright naprawdę daje popis gry i nie sposób nie wczuć się w jej sytuację starzejącej się aktorki, która dokonywała wyborów niekoniecznie "z prądem", jej agent i producent określają je krótko jako złe...
Robin otrzymuje od wytwórni filmowej propozycję zeskanowania, co oznacza, że dzięki najnowszej technologi już nie ona będzie grała w filmach, ale wiecznie młody komputerowy twór znany jako Robin Wright. Sporo jest tu ironii, na przykład Robin nie chce się zgodzić na występowanie w filmach sci-fi, bo oznaczają dla niej szmirę. Po dwudziestu latach okazuje się, że jak to w życiu, wytwórnia i tak znalazła sposób, aby ograniczające ją zapisy sprytnie ominąć. Po latach Robin jako gwiazda zostaje zaproszona na Kongres Futurologiczny, na którym zaprezentowana ma zostać kolejna rewolucyjna technologia. W filmie mamy okazję zobaczyć, jak wpłynęła na społeczeństwo przyszłości.
 Mnie najbardziej podobała się część kręcona "klasycznie", natomiast niewątpliwie część animowana jest bardzo ciekawa, poetycka i pobudzająca wyobraźnię. Sam kongres przypomina mi konferencje prasowe Apple prezentujące nowe dziecko firmy :-), a scena w której Robin i Dylan suną po śniegu jest jak wyjęta prosto z teledysku Lykke Li. Bardzo spodobała mi się też scena przejścia z powrotem z animacji w klasyczny obraz: chwyt który znam już z Walca z Baszirem.
Piękny i pobudzający do myślenia film o trudnym wyborach. Dla mnie przede wszystkim pracujący na emocjach.

Jaki ciekawy film ostatnio widziałyście?

P.S. Nowy baner: moje własne dzieło, dlatego pewnie nie doskonałe. Może jeszcze ulec zmianom, ale na razie jestem z siebie dumna i niezwykle zadowolona :-).

środa, 25 września 2013

Hasie, szkło i byle co

Ze wstydem przyznaję mamy dziś 25 września, a tu pierwszy post w tym miesiącu. To wszystko dlatego że:
- nie mogę już patrzeć na szablon mojego bloga i baner...
- byłam na wakacjach. W tym właściwie tydzień bez dostępu do internetu, czyli wakacje totalne.

Szykuję się na jesień i blogową ofensywę. Chcę, żeby było więcej, regularniej, ciekawiej, praktyczniej i ładniej (o ironio, zważywszy na tytuł mojego poprzedniego bloga i adres mailowy). Jeśli macie jakieś uwagi, coś Was szczególnie denerwuje na Nightswimming lub szczególnie się podoba, jestem otwarta na krytykę. W komentarzach lub mailowo.

A poniżej parę moich obrazków, które może przekonają kogoś, że jesień nie jest taka najgorsza.









Zdjęcia z  archiwum autorki ;)





środa, 14 sierpnia 2013

Rozrywkowo o sztuce

Lubię mieć w kinie niespodziankę, więc nie cierpię, kiedy w recenzjach czy zajawkach wszystko jest podane na tacy i nawet osoba z IQ znacznie poniżej minimalnego progu przyjęcia do Mensy jest w stanie dodać dwa do dwóch i całą misterną intrygę szlag trafia. Dlatego ciężko mi dziś będzie napisać recenzję Konesera, o którym ostatnio wspominałam, nie sprzeniewierzając się własnym zasadom, ale  postaram się.

Miałam w stosunku do tego filmu bardzo wysokie oczekiwania, bo uwielbiam Malenę i bardzo cenię Cinema Paradiso, czyli najbardziej znane filmy Giuseppe Tornatore. Dodatkowo obsada: Geoffery Rush i Jim Sturgess: nie trzeba było mnie namawiać, nawet gdyby nazwisko reżysera nic mi nie mówiło. Jednak bardziej niż tych dwóch panów, podobały mi się role drugoplanowe, np. Donalda Sutherlanda i rola Sylvii Hoeks. Goeffrey Rush czasami nie przekonywał, kiedy miał być wredny i wyniosły. A właśnie wyniosłym i pełnym dziwactw widz miał poznać głównego bohatera: Virgila Oldmana, szanowanego licytatora i kolekcjonera dzieł sztuki. Fabuła kręci się właśnie wokół sztuki, bo Oldman podejmuje się wyceny majątku pewnej tajemniczej kobiety. Obserwujemy jak relacja między Virgilem a Claire ewoluuje i ulega wahaniom. Wokół mnożą się zagadki, lecz w mniejszym stopniu dotyczą one mechanicznych puzzli, które mogą się okazać niezwykle cenne, a bardziej uczuć i wzajemnych relacji.
Film bardzo mi się podobał ze względu na tematykę i styl. Rzadko można coś podobnego obejrzeć wśród kinowych nowości. Niespiesznie rozgrywająca się akcja to dla mnie też spora zaleta, choć pewnie nie wszyscy będą tego samego zdania. Aluzje, rzucane tu i ówdzie podpowiedzi, czasem służące wpuszczeniu widza w maliny. Bardzo dobre zakończenie: wyszłam z kina i zastanawiałam się: ale tak naprawdę naprawdę, to przecież..? A to dobry znak, jeśli film nie daje o sobie zapomnieć dłużej niż przez 10 minut po opuszczeniu kina. Niestety po obejrzeniu trailera i przeczytaniu bardzo ogólnego opisu na filmwebie, miałam już zaszczepione jakieś sugestie i całą zagadkę rozwiązałam stanowczo zbyt wcześnie. Dla mojego towarzysza, który nie miał zielonego pojęcia o filmie, historia była jednak wciągająca i zaskakująca.  Co do minusów: jakoś irytowało mnie, że film nie był osadzony w konkretnym mieście, a wręcz ze sposobu kręcenia można by pomyśleć, że zamiarem było ukrycie, że film kręcono w Wiedniu. Ale to tylko moje subiektywne odczucie. Brakowało mi też trochę głębi w głównych bohaterach, ale miałam naprawdę bardzo wysokie oczekiwania.

I druga, króciutka recenzja, tym razem książki, ale również o sztuce i jej miłośnikach: Bezcenny Zygmunta Miłoszewskiego. To powieść sensacyjna, czy też przygodowa o poszukiwaniach "Portretu młodzieńca" Rafaela Santi, najcenniejszego zaginionego podczas drugiej wojny światowej  dzieła sztuki z polskich zbiorów. Jak tylko przeczytałam krótką recenzję tej książki, wiedziałam, że muszę ją mieć. Puste ramy w Muzeum Czartoryskich sprawiają, że łzy napływają mi do oczu (serio) i wiem, że nie jestem w tym osamotniona. Bezcenny to dobra, wciągająca rozrywka. Najbardziej przypadły mi do gustu te fragmenty, w których pojawia się prawdziwa historia zaginionych obrazów i spekulacje autora, co mogło się wydarzyć. Wplecione w wir wydarzeń autentyczne postaci i humor też są niewątpliwie dużą zaletą książki. Jednak warto pamiętać, że to pozycja ściśle rozrywkowa i nie należy oczekiwać psychologicznej głębi bohaterów, literackiego języka, ani zaskakujących rozwiązań i niesamowitej oryginalności. To świetna lektura na plażę, czy do pociągu: ja łyknęłam jak młody pelikan w jeden dzień. 

Jeśli kogoś, tak jak mnie, pasjonują prawdziwe, równie niesamowite losy zaginionych w wyniku drugiej wojny dzieł sztuki, polecam chociażby artykuł Włodzimierza Kalickiego o Madonnie pod jodłami Cranacha. 
http://wyborcza.pl/1,76842,12205840,Sensacja___apos_Madonna_pod_jodlami_apos__Cranacha.html


niedziela, 11 sierpnia 2013

Saturday night

Przez chwilę wydawało się, że piątkowe świętowanie popsuje burza z piorunami. Już w pełnym makijażu i "wyszykowana" na wieczór, który sponsorować miała literka E jak elegancja (kto pamięta sponsorujące literki z Ulicy Sezamkowej?) przebrałam się w domowe, nazwijmy to, trykoty i z shandy w dłoni oddałam się zgłębianiu czeluści blogosfery, przekonana, że moja przyjaciółka, we wszystkim odważna, z wyjątkiem właśnie gwałtownych wyładowań atmosferycznych, wymięknie.* A nie wymiękła. Tylko obuwie zamieniłam z planowanych sandałków na kalosze. Wyszło trochę mniej elegancko, ale może za to  bardziej hipstersko? Wiejskie klimaty są chyba teraz na czasie, więc kalosze + wzorzysta sukienka, a w roli torebki skórzany worek vintage nie zaprzepaściły moich aspiracji całkowicie? Aspiracji oczywiście godnych modowej blogerki ;-): niestety nie szafiarki, tylko raczej krześlarki, bo "outfit" prezentuję z wrodzonej nieśmiałości na krześle. Krzesło z resztą z tego samego źródła co torebka: z pod Hali Grzegórzeckiej w Krakowie. Poznańska w sobotnią noc, to prawie jak Drukarnia za dawnych lat. Tylko bez tańców :-/.



* To chyba najdłuższe zdanie w historii tego bloga.